niedziela, 24 listopada 2013

Chapter 1. IKEA

I mam nadzieję, że nie będzie to kolejny z serii blogów, które upadają po pierwszym poście.

Natchnione wszystkim, co ostatnimi czasy dzieje się w sieci, postanowiłyśmy, że nie możemy być gorsze. Ja - pełna życia Marika wraz z lekko perwersyjną Anną. Wychodząc z założenia, że beka z typa, publikować będziemy wybitnie nieregularnie, bardzo nieskładnie i o rzeczach, które zwykle interesują tylko nas. Stawiamy na artystyczne niedomówienia w zdjęciach, ze szczególnym naciskiem na jakość.
Wstępy to najgorsza część tego wszystkiego, więc przejdźmy do szybkiej relacji z naszej spontanicznej, jednodniowej wycieczki do Szwecji.
Główną atrakcją była wizyta w Ikei. Ustalmy, że gdybyśmy miały miliony monet to kupiłybyśmy tam wszystko, a najchętniej tam zamieszkały i zjadły pięćset porcji tarty czekoladowej ze śmietaną. Nie oszukujmy się, to najlepsze czego nasze podniebienie kosztowało w kategorii deser. Na wyróżnienie zasługują również klopsiki z borówkami oraz buraczki. I filet z dorsza z naciskiem na puree i warzywa. O mój boże, WSZYSTKO.
Starring: filet z dorsza, warzywa gotowane
na parze, puree ziemniaczane,
woda gruszkowa, nieosiągalna w polsce Lipton Ice Tea,
TARTA CZEKO-ŚMIETANOWA oraz porcja buraczków
i randomowej sałatki.

Jako znany krytyk kulinarny dodam, że ziemniaczki mogłyby być bardziej słone, a do filetu przydałby się jakiś sosik (borówkowy na przykład, om nom). I brakowało widelczyków do ciasta. Jedzenie ogólnie: 9/10.
Intymne chwile z klopsikami i dorszem.
Przy kasach skusiłam się na świąteczne pianki w kształcie bałwanków, które okazały się być, ku zaskoczeniu, najlepszymi miętowymi piankami w kształcie bałwanków na świecie. Równie kuszące były pierniczki w super puszce ze śnieżynkami, ale z przyczyn technicznych wrócimy po nie za miesiąc.
Najedzone i pełne życia przeszłyśmy do
właściwej części zakupów, oczywiście zaczynając od nie tego piętra co trzeba, toteż potem wracałyśmy piętnaście razy pod prąd, co w niedzielne popołudnie jest dość niebezpieczne.

Całkiem przyjazne słonie mają w Szwecji. Polecamy wielbicielom safari.
Jak zwykle zapasy pieniędzy i wartość rzeczy na liście zakupów miały ze sobą bardzo mało wspólnego, no ale kto by nie kupił słonia. Niestety na prezent, ale do świąt jesteśmy na siebie skazani i strasznie mi przykro, że będzie wyglądał jak po paru latach użytkowania. Polecam każdemu, kto nie ma co zrobić z kilkoma dziesięciozłotówkami. A słoń działał jak magnes na emerytki i rodziny z dziećmi.
WSZYSTKO.
Parasolka za 7,99zł, co powinno bronić się
i bez tej super reklamy ze wschodzącą
gwiazdą modelingu.
Każdy moment jest dobry na selfie. 
Jeszcze na chwilę wracając do maskotek - absolutnym hitem był wilk w zestawie z babcią. Wilk, który zjadał babcię, dosłownie, maskotkę staruszki można było w całości wetknąć w paszczę zwierza. Równie przerażające jak zabawne.
Pomijając Annę ze smokiem - wilk z babcią siedzą na koniu. WHAT.
Coś dla fanów Doctora.
Z okazji wczorajszego jubileuszowego odcinka.
Zbliżając się do wyjścia stopniowo odkładałyśmy rzeczy, z naciskiem na mnie, uświadamiając sobie stan konta i perspektywę przeżycia kolejnych dwóch tygodni za 100 (słownie: sto) złotych. Ale kto bogatemu zabroni zrobić sobie zdjęcia ze wszystkim co można. Następnym razem wycelujemy w krany i pojemniki na cukier.
Po kilku ciężkich godzinach między półkami, koszami i pokojami pokazowymi, nasze żołądki domagały się wypełnienia. Tym razem wybrałyśmy pyszne hot dogi z dodatkami i bez. Po dwa na głowę, to i tak skromnie w porównaniu do osób wynoszących wielkie papierowe torby wypełnione po brzegi tym popisowym daniem.
Hot dog bez dodatków to koszt 1zł,
zaś z dodatkami - zaledwie 2zł.
Ketchup i musztarda bez ograniczeń.
W drodze powrotnej niestety nie jechałyśmy przez most Rędziński, ale stadion z innej perspektywy wyglądał równie pięknie. Zmęczone, ale zadowolone, udaną podróż uczciłyśmy prawie najdroższym półsłodkim winem z Biedronki w nowych kieliszkach. Nie mogło zabraknąć zdjęcia z lampkami w kształcie śnieżynek. 8,99zł na promocji, wyglądają super, każda z lampek ma przyssawkę, która w tym przypadku akurat mało daje, ale jeszcze bardziej super jest fakt, że zasilane są bateriami, więc można je przywiesić gdziekolwiek marzycie.
Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś. Świętami pachnie z miliona kilometrów i bardzo to fajne z uwagi na bezkarne rozwieszanie lampek i reniferów w całym pokoju.
*kolejna rzecz, na którą nas nie stać.
Tony miłości, 
Marik.
outfit na dziś:
Ania: bluza - Esprit, koszulka - Auchan, spodnie - H&M, glany - no name, opaska - open'er;
Marika: kapelusz - Mohito, sweter - Cubus, koszulka - no name, spodnie - Kappahl, buty - Ryłko, zegarek - Parfois.