poniedziałek, 30 grudnia 2013

Chapter 3 (jeśli mogę sobie przywłaszczyć tytułowanie... Jeśli mam wymyśleć inne dla siebie to mi powiedz, Marik!)

Co za szał, co za dzień, co za noc, (przed)ostatnia w roku (ale już 31 więc w sumie bez "przed"), niby magiczna i przełomowa - na tym bogu na pewno, skoro o 3 w nocy siedzę i zainspirowana słowami Mariki płodzę nie wiem co i nie wiem czemu, ja, Anna, druga autorka tego bloga, który jest na serio czy dla beki, już sama się gubię. Ale jest, jest Sylwester czyli czas podsumowań i wspominek oraz wycieczek w przyszłość, a skoro to pierwsza notka to wypadałoby coś o sobie, a cóż więcej może o mnie poświadczyć niż to jak przeżyłam ostatnie 12 miesięcy i jakie są moje plany na kolejne?

Im jestem starsza tym bardziej przeraża mnie fakt, że rok to tak krótki w istocie okres czasu. Kiedyś myślałam o nim w kategoriach epoki, dziś - raptem rozdziału. To straszne. Nie lubię tego. To jest właśnie dorosłość. Uświadomienie sobie, że między styczniem a styczniem nie ma wcale tak wiele czasu, że trzeba się spieszyć, że jak się zagapisz to złapie cię listopad i po ptokach. Ale jednocześnie jakoś ciężko mi przypomnieć sobie teraz jak to było w tym styczniu rok temu... Patrzę na swoje zdjęcia, pojechałam sobie na wycieczkę do Wiednia z chórem w którym popiskuję jako drugi sopran, stoję sobie, uśmiecham się.
tak bardzo nie chce mi się przerabiać zdjęć na very fashun czerń i biel więc powiedzmy, że w naszym Marikowo-Ankowym duecie ja będę "tą kolorową"; a to ja w Wiedniu, jak widać - był mój, zdobyty
Pamiętam, że patrząc na te zdjęcia byłam bardzo zadowolona z siebie. Stwierdziłam, że moje nogi naprawdę nie są grube a i reszta jakoś składnie się prezentuje. I że całkiem ładnie się uśmiecham. Nie wiem skąd ta myśl, czasem przychodzi, niedorzeczna, zabijam ją zanim w nią uwierzę. W każdym razie, co poza samouwielbieniem miałam wtedy w głowie? Ach, podniety, że za pół roku Bon Jovi w Polsce, ach tak, pamiętam, plakat na jakimś wiedeńskim przystanku autobusowym, ja klejąca się do Jona i moja koleżanka robiąca zdjęcie. Generalnie przeżywałam jakiś renesans ideologii carpe diem, jak teraz o tym myślę. Sesja zbliżała się nieubłaganie a za nią ostatni semestr trzeciego roku studiów, który miał być moim ostatnim przed Wielką Zmianą Życia, do której wcale mi się nie spieszyło bo zaczęło mi się na tym trzecim roku niezmiernie podobać. No ale czas leciał mimo, że nie chciałam i jakoś minęło pół roku do tego Bon Jovi i za nim całego szalonego czerwca i dalej. Gdy zastanawiam się czy były może jakieś momenty warte odnotowania w tym czasie - głupio wszak tak skoczyć z Wiednia do Gdyni, pół roku streścić w jednym słowie i jednocześnie zmałpować Marik opierając post tylko na fangirlowaniu i koncertach - to myślę tylko o tym, że... poznałam Muse. W sensie POZNAŁAM na prawdę, a nie że słyszałam, że istnieją, Hysteria, Supermassive, tak, tak, oczywiście - poznałam jak zobaczyłam video do Panic Station i oszalałam (ech, jednak baza to fangirling).

Czerwiec i lipiec były za to koroną roku, czymś najwspanialszym, cudownym, naprawdę intensywnym. To było tak: 19 czerwca Bon Jovi, 25-27 czerwca egzamin licencjacki, 3 lipca Blur na Openerze, 14 lipca Muse w Berlinie. O Bon Jovi dowiedziałam się jakieś wieki wcześniej, bodajże w październiku i od tamtej pory wzdychałam i zdychałam, bo uwielbiam Bon Jovi odkąd miałam 18 lat, kończyłam liceum, była impreza, leciało It's My Life i wszyscy całą klasą darliśmy ryje w niebogłosy wierząc, że wszystko jest w życiu możliwe tylko musimy po to sięgnąć i wszystko się uda bo świat jest nasz, a ja przy okazji pomyślałam, że ten zespół musi mieć więcej niż jedną dobrą piosenkę i po powrocie do domu sprawdziłam i okazało się, że w tym jednym się nie pomyliłam. Sam koncert był fenomenalny. Ciężko pisze mi się o koncertach, bo to w sumie nie do opisania. To tak jakby tłumaczyć niewidomemu jak wygląda Droga Mleczna gdy na nią patrzysz w letnią noc obejmując ukochanego, coś w ten deseń, tak sądzę. Jak oddać to, że był to zaprawdę taki dzień na jaki warto czekać latami, to był świata szczyt, jak śpiewał Artur Gadowski z Irą jako support. Fizycznie i namacalnie choć niewytłumaczalnie poczułam spełnienie marzenia wraz z pierwszymi nutami "Someday I'll Be Saturday Night" gdy z 29 999 innymi fanami zaśpiewałam "Livin' on a Prayer" na całe gardło. "It's My Life" w wersji live trwa chyba 3 sekundy a przynajmniej w tyle zlatuje. A uśmiech Dżon Dżona jest jaśniejszy i cieplejszy niż milion słońc. Zaś zawalony zwłokami fanów Bon Jovi dworzec PKP i nocleg wśród nich to już w ogóle przeżycie transcendentalne. 
Ja i scena Bon Jovi. Tak, nie stać mnie na Golden Circle więc koczowałam by się dopchać do barierek w połowie murawy, tak właśnie. Oczywiście, że warto.
Licencjat to jak licencjat. Studiuję sobie filologię hiszpańską i na tym kierunku - dzięki Bogu - nie ma obowiązku pisania pracy licencjackiej, jest tylko egzamin (nie pisanie pracy jest 10/10, polecam). Trzeba się było trochę do niego pouczyć, ale teraz jak na to patrzę to trochę nadużywałam "ugh" i innych stęków niezadowolenia, bo wcale nie było tak źle. Zwłaszcza, że uczenie uskuteczniałam z moją przyjaciółką Olgą jedząc truskawki i słuchając co 20 minut "Jizz In My Pants" czy "Quiero que me quieras" i tańcząc jak opętane. Egzamin poszedł nam obu na propsie, jak to mówią, czyli dostałyśmy po 5. Rządzimy, jednym słowem.

Wypad na Open'era (na jeden dzień, żeby było jasne) był niejako nagrodą za wspaniały egzamin (co nie znaczy, że gdybym nie zdała albo gdyby poszło mi gorzej to bym tam nie pojechała, pfff, ale skoro się ułożyło tak a nie inaczej...). To był tak beztroski czas! Nie planowałam iść na magisterkę więc jakieś szalone papierkowe bieganie i pilnowanie terminów mnie nie obchodziło, liczyło się tylko to, że niewiarygodne staje się prawdziwe, że marzenia się spełniają, że Źółkowski sprowadził dla mnie Blur do Polski, niech mu wiecznie anioły hymny śpiewają. O tym, że Blur przyjedzie na Openera dowiedziałam się w listopadzie smsem od przyjaciółki Werr, pamiętam ten moment jak dziś, i ten niemy krzyk radości, bo akurat siedziałam na kolacji podczas międzynarodowego zjazdu hispanistów i nie mogłam wydrzeć się na cały głos. Och, no bo kocham Blur od 2005 roku, bo Graham, bo mleczko, bo łu hu, bo młodość, bo nos Damona. Koncert był najlepszym koncertem w moim życiu. Nie wiem co o tym decyduje tak naprawdę, po prostu tak czuję, że tamto czucie jakie miałam tam to było to najlepsze jakie miałam w życiu, że to było szczęście, że to był absolut, że nirvana, chociaż Blur. I jeszcze pojechałam tam do Gdyni i z paczką przyjaciółek, w tym z Werr, a przed koncertem pluskałyśmy się w morzu, no przecież nie mogłoby być lepiej.
Ekipa!!! <3 Czyste szczęście.
Ten koncertowy maraton (dla mnie naprawdę znaczący, choć przy osiągach Marik wypadam bladziutko) zakończyłam spontanicznym yolo wyjazdem na Muse do Berlina. Spontanicznym bo zdecydowałyśmy się na niego z moją współlokatorką Kaśką w jakieś 10 minut tak jakoś miesiąc wcześniej. A yolo bo do dziś jestem zadłużona na kwotę biletu i jestem na minusie. Ale warto było! Dla samego obcowania z wokalem Bellamiego, dla barierki, dla fazy przebrania się w Panic Stationowym stylu, dla poznania Mariki, Mags i Izy, moich najdrożyszych musowych przyjaciółek, sto lat miłości, i dla spotkania z moją przyjaciółką Angelique z Erasmusa, która mieszka w Poczdamie pod Berlinem i u której spałyśmy. To też była fantastyczna wycieczka, choć sam koncert trochę mnie rozczarował (setlista mogła być piękna, wspaniała, boska, a była tylko... dobra, plus why no musos, Muse, why? :( ). No ale było kolejkowanie od rana i sława z powodu futerka (vide zdjęcie - ach, ono jest dowodem, że to ja MUSZĘ być "tą kolorową" na tym blogu, heheheszki) a to jest bezcenne.
queen of Berlin, baby!

czekając na Panic Station

Jak już się wyszalałam na koncertach to... wakacje spędziłam leżąc plackiem z twarzą w podłodze jęcząc co mam zrobić z własnym życiem. Kryzys egzystencjalny ciągnął się za mną od lutego albo i wcześniej, ale prokastrynowałam myślenie o nim do granic absurdu, aż przyszło lato i plany pod tytułem "po trzecim roku pakuję się i jadę do Londynu pracować i szukać szczęścia" trzeba było zacząć realizować albo porzucić. Nie tylko z powodu tchórzostwa, ale i przyczyn niezależnych ode mnie, stało się to drugie i jak się pewnie Czytelniku domyślasz, złożyłam potulnie papiery na studia w drugim terminie by jednak piąć się po szczeblach edukacji wyższej choć wcale nie chcę być magistrem filologii hiszpańskiej, naprawdę, nie chcę, do niczego mi to nie potrzebne. Ale z braku lepszego pomysłu na siebie... 

Będzie co ma być, myślałam, i znów rzuciłam się w carpe diem. Jesienią pojechałam znów z chórem na wycieczkę, tym razem na konkurs, do Hiszpanii, na 10 dni w Lloret de Mar (tam gdzie kręcono pierwszą serię Pamiętników z Wakacji^^). Konkurs konkursem, ale była plaża, spacery po Barcelonie, jeszcze więcej plaży plus zachwyceni moim hiszpańskim Hiszpanie i Hiszpanki (głównie pracownicy hotelu, żeby nie było, że kogoś wyrwałam, bo co to, to nie z moją aparycją, nie w stroju kąpielowym i 30-stopniowym upale). Było super, nie chciałam wracać. Opalenizna trzyma się mnie do dziś, choć to tak naprawdę i tak tylko inny odcień bieli.

Jak wróciłam z wakacji to od razu zaczęły się na powrót studia... I z zaskoczeniem odkryłam na nowo moich starych znajomych z roku. Nie kolegowałam się do tej pory tak blisko z niektórymi z nich, a odkrycie jacy są wspaniali jest jedną z najfajniejszych rzeczy jakie mnie ostatnio spotkały. Enrique zaraził mnie anime i zmusił do rysowania więcej a nie lenienia się i szukania wymówek. Michał z Edytą są moją poradnią gdy nie wiem co zrobić. Agata nauczyła mnie troszkę japońskiego... To takie miłe, iść na uczelnię i wiedzieć, że są tam fajni ludzie. Znaczy się wcześniej też wiedziałam i też byli, tyle, że większość moich najbliższych koleżanek odeszła w tym roku lub wyjechała na ten semestr i trochę bałam się, że zostanę sama... A nie zostałam. To jest takie super (zawsze zaskakuje mnie fakt, że ktoś mnie lubi, tak już mam).

Koniec roku jest lekko absurdalny i bardzo go nie ogarniam, więc nie chcę o nim pisać... Z resztą przez jakieś 19 godzin trwa jeszcze, więc dajmy mu wybrzmieć.

Jest 4:25, a ja doszłam chyba do punktu "plany na Nowy Rok"... ale nie sądzę by to była dobra pora na podejmowanie jakichkolwiek postanowień. Z resztą i tak żadne nie przychodzą mi do głowy. Jedyne co jestem w stanie wymyślić, że bym chciała w tym 2014 to tylko życzenia dla siebie i innych, ale one polecą do nieba o północy, a tym czasem cicho sza, idę spać, ręka mnie boli. Dobranoc.


Chapter 2.

Nigdy nie wiem jak zacząć, tymczasem zbliżamy się do końca.

Tak, jest to kolejny post z serii super podsumowań mijającego roku, który służy raczej do tego, żebym mogła sobie kiedyś powspominać. Jest przeładowany tanim lansem, zupełnie nieprzydatnymi nikomu informacjami, beką z typa (as usual) i oblany jeszcze odrobiną lansu. Żeby nie było nudno, dorzucam kilka zdjęć przypadkowych ludzi. Wszystko stylowo czarno białe. Artystyczne niedopowiedzenia. Żeby nie było, że nie uprzedzałam.
-

Moją prywatną tradycją od czasów bardzo dawnych jest pisanie tego typu tekstów. Nie zawsze są publikowane, nieraz powstaje kilka wersji, albo ograniczam się do pojedynczych wyrazów i po jakimś czasie kompletnie nie wiem co autor miał na myśli.
W ostatnim zdaniu zeszłorocznego podsumowania wyraziłam dyskretną nadzieję, że kolejny rok będzie jeszcze lepszy, chociaż wtedy wydawało mi się, że bardziej idealnie być już nie może. Aż tu nagle 2013.

Zaczynając od bardzo złego stycznia i lutego, bo czego innego spodziewamy się po miesiącach, w których odbywa się 'to brzydkie słowo na s', zwane dalej sesją? przejdźmy od razu do marca.
Dwa poprzednie miesiące były tylko niecierpliwym oczekiwaniem i odliczaniem do pierwszych koncertów tego roku. Wcześniejszy (w dniu w którym okazało się, że moja flaga z listopadowego koncertu Muse w Łodzi, trafiła do Vanity Fair i - tak, będę to wpisywać w CV) - Mumford & Sons. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, jak bardzo ważni okażą się dla mnie być. I czego początkiem będzie siedem złotych pożyczonych na bilet na metro. Trzy dni później pierwsza tegoroczna wizyta w Berlinie, długo wyczekiwane Two Door Cinema Club ('nigdy ich nie zobaczę, błe błe błe'), na którym to pierwszy raz w życiu biłam się o pałeczkę, i pokoncertowe rozmowy z przypadkowym człowiekiem z Brighton, który okazał się być znajomym perkusisty, z którym potem nie omieszkał mnie zapoznać. #zupełnieniewidocznytenlans
W skrócie: 'Marcuuus! Marcuuus!' w białej koszuli, flaga wzięta na scenę
przez Teda, musztardowy sweter, Dust Bowl Dance i Broken Crown.
i podpisana płyta.
Poza tym nie wydarzyło się kompletnie nic. Niestety, jak to ktoś ostatnio bardzo trafnie określił - moje życie to tylko koncerty i Candy Crush Saga (pozdrawiam twórców za zrujnowanie mi życia na ostatnie sto pięćdziesiąt etapów plus te z sową). Więc teleportujemy się do maja. Kaszmirowy sweter Harry'ego z White Lies nadal zajmuje honorowe miejsce w moim serduszku. Równie bardzo jak ze spotkania, cieszę się z faktu, że udało mi się nie zarobić glanem w głowę i że nikt nie chciał wyrwać mi świeżo zrobionego septum (heh!). Nigdy nie zrozumiem jaki był sens we wciskaniu WL jako support Sabatonu.
Czerwiec równa się prywatnej beatlemanii zamiast życia. Płakałam bardzo kupując bilet na koncert Paula McCartneya w konspirze przed matką, ale jak tylko weszłam na stadion i zasiadłam na moim plebejsko tanim miejscu kilometr od sceny - rozpłakałam się jeszcze bardziej. Tak bardzo, że wstyd przy wszystkich dojrzałych panach powyżej pięćdziesiątego roku życia, którzy otaczali mnie z każdej strony. Płynnie przeszłam do pierwszego w życiu Open'era, który okazał się być rzeczywiście milion razy lepszy niż Coke. Ze względu na atmosferę i brak konieczności koczowania od świtu, żeby chociaż dotknąć barierek pod sceną główną. Dodatkowy plusik za spotkanie Palma Violets i połamane żebra na Crystal Castles.
Tak się kochamy, hipopotamy na twarzy.
Najwierniejsze fanki w Gdyni, zupełnie trzeźwe i prawdziwie
wytatuowane. Eyelinerem.
Tydzień później, wycieńczone podbiłyśmy Berlin po raz drugi w tym roku. W tym momencie chciałabym przyznać drogiej Mags i samej sobie nagrodę w kategorii troll roku za ukrywanie przed światem faktu posiadania biletu od grudnia zeszłego roku. Muse z Biffy Clyro na supporcie. Marzyłyśmy o tym zestawie, tak na oko, od chwili poczęcia, ale nigdy w życiu nie przypuszczałybyśmy, że spotkamy chłopaków z Biffy już po dwóch godzinach od przybycia do miasta. Zupełnym przypadkiem na lotnisku. I bardzo się cieszę, że z dwojga złego - kompletnego zatkania albo słowotoku, padło na to drugie. Hehe, James. Po nocy w najwygodniejszym łóżku świata, w bardzo burżujskim hotelu, przyszedł dzień, w którym poznałam Annę oraz moją przyszłą współlokatorkę (buzi), dotknęłam Bellamy'ego po raz drugi w życiu, a Dominic James Howard przeszedł dwadzieścia centymetrów od mojej twarzy. Mdleję.
Aha, i bardzo nie polecam wycieczek po schodach w Waldbühne ( które się nie kończą i w drugiej połowie przypomina to raczej podciąganie się na barierce) po milionie godzin wszystkiego co się robi na koncertach i przed nimi.
Wyprzedaż bluzek w panterkę.
Otwierania butelek kluczem w łazience hotelu również nie polecamy. #krew
Jesteśmy śliczni. #przypadkowespotkanianalotnisku
Panowie bardzo chcieli zaskoczyć nas pytaniem, czy wiemy, że za miesiąc grają w Polsce. Ale zanim to - na kilka godzin przed Woodstockiem, zalana łzami, że nigdy nie zobaczę Enter Shikari, tak blisko, tak daleko itp., dowiedziałam się, że jednak zaliczę wieczór w Kostrzynie. W zestawie: wiadro wody na głowę, ponad godzina w pogo, super upadek na plecy wraz ze złapaniem centrymetr nad ziemią przez całkiem nie najgorszego młodzieńca, i takie takie. Polecam, 10/10, chcę jeszcze raz. 
Tradycyjnie skończyłam z przewlekłym zapaleniem wszystkiego i kompletem siniaków. Ponad trzynaście godzin w pociągu do Krakowa kilka dni później było super. W dodatku straciłam słuch w prawym uchu, a przedział był sauną. 
Dzień po przyjeździe spiekłam się jak stary robotnik, po czym nadeszły dzikie deszcze i oczekiwanie na śmierć, która przyszła ze sceny. Biffy Clyro drugi raz w ciągu miesiąca i Brodka zmacana od pasa w dół. Kolejny dzień to pogo na Florence + The Machine, czego nigdy w życiu bym nawet nie podejrzewała. W rezultacie, startując z trzynastego kilometra od sceny w połowie koncertu wylądowałam na plecach chłopaka na barierkach, którego bardzo przepraszam za mój fantastyczny wokal i plucie brokatem. Oprócz Coke - bardzo dużo Malczewskiego i Jama Michalika. James.
Najbardziej akuratne zdjęcie, jakie kiedykolwiek powstało. James.
Pociski z oczu. 
Ostatni miesiąc przed bolesnym powrotem na uczelnię spędziłam w większości na przeprowadzce, a w nagrodę - Macklemore & Ryan Lewis, czyli pierwszy raz na Torwarze. Jeśli kiedykolwiek mówiłam, że moja miednica cudem wyszła cało z koncertu Arctic Monkeys na Open'erze - nie wiedziałam co to znaczy. Tony napierającej gimbazy, połamane żebra, ale i sam środek barierek. Pot wytarty z ramienia i trzymanko za rąsię. Takie z nas fanki, że bilety z pierwszej puli, a wejścia na bekstejdżyk nie było. Następnym razem rozważymy koczowanie od czwartej nad ranem. 
Z października kojarzę tylko Muse Night, coraz większe przerażanie tym, czym raczyli nas na zajęciach, kontakt z testosteronem na ogólnouczelnianych, i rzeźbę, wow. No i pierwszy tatuaż prosto z Cheetosów robiony chwilę przed angielskim. Wbrew powszechnej opinii dziewięćdziesięciu procent osób, które wiedzą o jego istnieniu - nie zamierzam żałować, a późnej starości dożywać. Bardzo się kochamy i nie musimy zbierać na przeszczep skóry, tym samym do Maćka wrócimy, polecam. 
W końcu listopad, czyli to, na co czekaliśmy od kiedy White Lies, które w połowie przeewoluowało w Bastille dzień wcześniej, a do tego Biffy ogłoszone jeszcze na Coke. Sprzedane Hurts i The 1975, powody oczywiście niezależne, ale ból mniejszy niż mogłabym się spodziewać. 
Przechodząc do rzeczy - zmieniam zdanie o pustym ryju Dana, który i tak jest autystycznym dzieckiem, które nie potrafi rzucać do celu, To Kill A King to drugi najlepszy support jaki się przydarzył, setlista zamiast wody, i lekkie macanko na Flaws. Kolejna flaga na scenie, ta się chyba wyjątkowo spodobała, chociaż miała już innego właściciela i była twardości deski, ewentualnie dzidy - nadal z oczu wypływa duma. Dnia następnego kolejne spotkanie z White Lies, tym razem na bardzo nietrzeźwo, bez kaszmiru i bez krat. I połowa połowy pałeczki. 
Tymczasem plot twist i cofamy się o tydzień, do tego samego miejsca, które zalałam łezkami na Folding Stars. Do tego, w którym trochę zemdlałam, kiedy Simon powiedział, że Victory Over The Sun. Wszystko poprzedzone styknięciem policzkami, rozpoznaniem, szybkim kursem języka polskiego oraz pozowaniem na tle unikalnych malowideł na brudnej ciężarówce ze sprzętem. 
Matka i córka, które przetrwały wycieczkę po Warszawie
jedenastego listopada. #drogierestauracje #dobramargarita #kobietyżycia
Krew pod folią, gluty z tuszu, hurtowe bileciki.
Kolejne ślicznotki i niezidentyfikowana ręka.
Aha, i nigdy nie podejmujcie decyzji o pierwszej w nocy na dworcu, po powrocie z koncertu i wodą cisnącą się do oczu. Potem okazuje się, że dostajecie bilet na urodziny i początek grudnia spędzacie w Berlinie. Na czwartym koncercie Biffy Clyro w ciągu pół roku.
I techniczni jakoś specjalnie się nie krępują z okazywaniem emocji, prawie tak, jak jedna trzecia Arcane Roots, która biegnie do fanek (oczywicha z naciskiem na mnie, hah), żeby przeprosić, że nie ma teraz czasu i zaprosić na spotkanie po koncercie. Taka sława. A z kostką od Jamesa chodzimy wszędzie. 
Na tym jednak nie koniec, bo rozpacz chwilowo przerwał Woodkid, a potem depresję tylko pogłębił. Już pomijam spędzenie jedenastu godzin w busie, bo zima jak zwykle zaskoczyła drogowców. Najbardziej dopracowany koncert roku, najbardziej nietrzeźwa sekcja dęta i najlepsze docenienie części plastycznej w życiu. To, że Yoannowi spodobał się portret i flaga, to naprawdę tak, jakby Malczewski powiedział, że w sumie to spoko maluję. 
Potsdamer! miłość nieskończona. I trochę choroba umysłowa
obsypana pingwinami i norweskimi misiami. Not even sorry.

Dużo feelsów i dużo oczekiwań. Jeszcze więcej planów, dlatego też w nowy rok wchodzę z bezsennością i niejedzeniem, bo życie spędzam na oczekiwaniu na maila i kombinatoryce skąd niby wziąć tysiące euro w ciągu kilku dni.

Tymczasem wszystkiego fantastycznego w nadchodzącym 2014 życzę ja. Wraz z całym haremem. 
Para tysiąclecia z przyjaciółmi.

jako przedstawiciel grupy najbardziej akuratnych cytatów. Mijający i nadchodzący. 

Tony miłości,
Marik.