poniedziałek, 30 grudnia 2013

Chapter 3 (jeśli mogę sobie przywłaszczyć tytułowanie... Jeśli mam wymyśleć inne dla siebie to mi powiedz, Marik!)

Co za szał, co za dzień, co za noc, (przed)ostatnia w roku (ale już 31 więc w sumie bez "przed"), niby magiczna i przełomowa - na tym bogu na pewno, skoro o 3 w nocy siedzę i zainspirowana słowami Mariki płodzę nie wiem co i nie wiem czemu, ja, Anna, druga autorka tego bloga, który jest na serio czy dla beki, już sama się gubię. Ale jest, jest Sylwester czyli czas podsumowań i wspominek oraz wycieczek w przyszłość, a skoro to pierwsza notka to wypadałoby coś o sobie, a cóż więcej może o mnie poświadczyć niż to jak przeżyłam ostatnie 12 miesięcy i jakie są moje plany na kolejne?

Im jestem starsza tym bardziej przeraża mnie fakt, że rok to tak krótki w istocie okres czasu. Kiedyś myślałam o nim w kategoriach epoki, dziś - raptem rozdziału. To straszne. Nie lubię tego. To jest właśnie dorosłość. Uświadomienie sobie, że między styczniem a styczniem nie ma wcale tak wiele czasu, że trzeba się spieszyć, że jak się zagapisz to złapie cię listopad i po ptokach. Ale jednocześnie jakoś ciężko mi przypomnieć sobie teraz jak to było w tym styczniu rok temu... Patrzę na swoje zdjęcia, pojechałam sobie na wycieczkę do Wiednia z chórem w którym popiskuję jako drugi sopran, stoję sobie, uśmiecham się.
tak bardzo nie chce mi się przerabiać zdjęć na very fashun czerń i biel więc powiedzmy, że w naszym Marikowo-Ankowym duecie ja będę "tą kolorową"; a to ja w Wiedniu, jak widać - był mój, zdobyty
Pamiętam, że patrząc na te zdjęcia byłam bardzo zadowolona z siebie. Stwierdziłam, że moje nogi naprawdę nie są grube a i reszta jakoś składnie się prezentuje. I że całkiem ładnie się uśmiecham. Nie wiem skąd ta myśl, czasem przychodzi, niedorzeczna, zabijam ją zanim w nią uwierzę. W każdym razie, co poza samouwielbieniem miałam wtedy w głowie? Ach, podniety, że za pół roku Bon Jovi w Polsce, ach tak, pamiętam, plakat na jakimś wiedeńskim przystanku autobusowym, ja klejąca się do Jona i moja koleżanka robiąca zdjęcie. Generalnie przeżywałam jakiś renesans ideologii carpe diem, jak teraz o tym myślę. Sesja zbliżała się nieubłaganie a za nią ostatni semestr trzeciego roku studiów, który miał być moim ostatnim przed Wielką Zmianą Życia, do której wcale mi się nie spieszyło bo zaczęło mi się na tym trzecim roku niezmiernie podobać. No ale czas leciał mimo, że nie chciałam i jakoś minęło pół roku do tego Bon Jovi i za nim całego szalonego czerwca i dalej. Gdy zastanawiam się czy były może jakieś momenty warte odnotowania w tym czasie - głupio wszak tak skoczyć z Wiednia do Gdyni, pół roku streścić w jednym słowie i jednocześnie zmałpować Marik opierając post tylko na fangirlowaniu i koncertach - to myślę tylko o tym, że... poznałam Muse. W sensie POZNAŁAM na prawdę, a nie że słyszałam, że istnieją, Hysteria, Supermassive, tak, tak, oczywiście - poznałam jak zobaczyłam video do Panic Station i oszalałam (ech, jednak baza to fangirling).

Czerwiec i lipiec były za to koroną roku, czymś najwspanialszym, cudownym, naprawdę intensywnym. To było tak: 19 czerwca Bon Jovi, 25-27 czerwca egzamin licencjacki, 3 lipca Blur na Openerze, 14 lipca Muse w Berlinie. O Bon Jovi dowiedziałam się jakieś wieki wcześniej, bodajże w październiku i od tamtej pory wzdychałam i zdychałam, bo uwielbiam Bon Jovi odkąd miałam 18 lat, kończyłam liceum, była impreza, leciało It's My Life i wszyscy całą klasą darliśmy ryje w niebogłosy wierząc, że wszystko jest w życiu możliwe tylko musimy po to sięgnąć i wszystko się uda bo świat jest nasz, a ja przy okazji pomyślałam, że ten zespół musi mieć więcej niż jedną dobrą piosenkę i po powrocie do domu sprawdziłam i okazało się, że w tym jednym się nie pomyliłam. Sam koncert był fenomenalny. Ciężko pisze mi się o koncertach, bo to w sumie nie do opisania. To tak jakby tłumaczyć niewidomemu jak wygląda Droga Mleczna gdy na nią patrzysz w letnią noc obejmując ukochanego, coś w ten deseń, tak sądzę. Jak oddać to, że był to zaprawdę taki dzień na jaki warto czekać latami, to był świata szczyt, jak śpiewał Artur Gadowski z Irą jako support. Fizycznie i namacalnie choć niewytłumaczalnie poczułam spełnienie marzenia wraz z pierwszymi nutami "Someday I'll Be Saturday Night" gdy z 29 999 innymi fanami zaśpiewałam "Livin' on a Prayer" na całe gardło. "It's My Life" w wersji live trwa chyba 3 sekundy a przynajmniej w tyle zlatuje. A uśmiech Dżon Dżona jest jaśniejszy i cieplejszy niż milion słońc. Zaś zawalony zwłokami fanów Bon Jovi dworzec PKP i nocleg wśród nich to już w ogóle przeżycie transcendentalne. 
Ja i scena Bon Jovi. Tak, nie stać mnie na Golden Circle więc koczowałam by się dopchać do barierek w połowie murawy, tak właśnie. Oczywiście, że warto.
Licencjat to jak licencjat. Studiuję sobie filologię hiszpańską i na tym kierunku - dzięki Bogu - nie ma obowiązku pisania pracy licencjackiej, jest tylko egzamin (nie pisanie pracy jest 10/10, polecam). Trzeba się było trochę do niego pouczyć, ale teraz jak na to patrzę to trochę nadużywałam "ugh" i innych stęków niezadowolenia, bo wcale nie było tak źle. Zwłaszcza, że uczenie uskuteczniałam z moją przyjaciółką Olgą jedząc truskawki i słuchając co 20 minut "Jizz In My Pants" czy "Quiero que me quieras" i tańcząc jak opętane. Egzamin poszedł nam obu na propsie, jak to mówią, czyli dostałyśmy po 5. Rządzimy, jednym słowem.

Wypad na Open'era (na jeden dzień, żeby było jasne) był niejako nagrodą za wspaniały egzamin (co nie znaczy, że gdybym nie zdała albo gdyby poszło mi gorzej to bym tam nie pojechała, pfff, ale skoro się ułożyło tak a nie inaczej...). To był tak beztroski czas! Nie planowałam iść na magisterkę więc jakieś szalone papierkowe bieganie i pilnowanie terminów mnie nie obchodziło, liczyło się tylko to, że niewiarygodne staje się prawdziwe, że marzenia się spełniają, że Źółkowski sprowadził dla mnie Blur do Polski, niech mu wiecznie anioły hymny śpiewają. O tym, że Blur przyjedzie na Openera dowiedziałam się w listopadzie smsem od przyjaciółki Werr, pamiętam ten moment jak dziś, i ten niemy krzyk radości, bo akurat siedziałam na kolacji podczas międzynarodowego zjazdu hispanistów i nie mogłam wydrzeć się na cały głos. Och, no bo kocham Blur od 2005 roku, bo Graham, bo mleczko, bo łu hu, bo młodość, bo nos Damona. Koncert był najlepszym koncertem w moim życiu. Nie wiem co o tym decyduje tak naprawdę, po prostu tak czuję, że tamto czucie jakie miałam tam to było to najlepsze jakie miałam w życiu, że to było szczęście, że to był absolut, że nirvana, chociaż Blur. I jeszcze pojechałam tam do Gdyni i z paczką przyjaciółek, w tym z Werr, a przed koncertem pluskałyśmy się w morzu, no przecież nie mogłoby być lepiej.
Ekipa!!! <3 Czyste szczęście.
Ten koncertowy maraton (dla mnie naprawdę znaczący, choć przy osiągach Marik wypadam bladziutko) zakończyłam spontanicznym yolo wyjazdem na Muse do Berlina. Spontanicznym bo zdecydowałyśmy się na niego z moją współlokatorką Kaśką w jakieś 10 minut tak jakoś miesiąc wcześniej. A yolo bo do dziś jestem zadłużona na kwotę biletu i jestem na minusie. Ale warto było! Dla samego obcowania z wokalem Bellamiego, dla barierki, dla fazy przebrania się w Panic Stationowym stylu, dla poznania Mariki, Mags i Izy, moich najdrożyszych musowych przyjaciółek, sto lat miłości, i dla spotkania z moją przyjaciółką Angelique z Erasmusa, która mieszka w Poczdamie pod Berlinem i u której spałyśmy. To też była fantastyczna wycieczka, choć sam koncert trochę mnie rozczarował (setlista mogła być piękna, wspaniała, boska, a była tylko... dobra, plus why no musos, Muse, why? :( ). No ale było kolejkowanie od rana i sława z powodu futerka (vide zdjęcie - ach, ono jest dowodem, że to ja MUSZĘ być "tą kolorową" na tym blogu, heheheszki) a to jest bezcenne.
queen of Berlin, baby!

czekając na Panic Station

Jak już się wyszalałam na koncertach to... wakacje spędziłam leżąc plackiem z twarzą w podłodze jęcząc co mam zrobić z własnym życiem. Kryzys egzystencjalny ciągnął się za mną od lutego albo i wcześniej, ale prokastrynowałam myślenie o nim do granic absurdu, aż przyszło lato i plany pod tytułem "po trzecim roku pakuję się i jadę do Londynu pracować i szukać szczęścia" trzeba było zacząć realizować albo porzucić. Nie tylko z powodu tchórzostwa, ale i przyczyn niezależnych ode mnie, stało się to drugie i jak się pewnie Czytelniku domyślasz, złożyłam potulnie papiery na studia w drugim terminie by jednak piąć się po szczeblach edukacji wyższej choć wcale nie chcę być magistrem filologii hiszpańskiej, naprawdę, nie chcę, do niczego mi to nie potrzebne. Ale z braku lepszego pomysłu na siebie... 

Będzie co ma być, myślałam, i znów rzuciłam się w carpe diem. Jesienią pojechałam znów z chórem na wycieczkę, tym razem na konkurs, do Hiszpanii, na 10 dni w Lloret de Mar (tam gdzie kręcono pierwszą serię Pamiętników z Wakacji^^). Konkurs konkursem, ale była plaża, spacery po Barcelonie, jeszcze więcej plaży plus zachwyceni moim hiszpańskim Hiszpanie i Hiszpanki (głównie pracownicy hotelu, żeby nie było, że kogoś wyrwałam, bo co to, to nie z moją aparycją, nie w stroju kąpielowym i 30-stopniowym upale). Było super, nie chciałam wracać. Opalenizna trzyma się mnie do dziś, choć to tak naprawdę i tak tylko inny odcień bieli.

Jak wróciłam z wakacji to od razu zaczęły się na powrót studia... I z zaskoczeniem odkryłam na nowo moich starych znajomych z roku. Nie kolegowałam się do tej pory tak blisko z niektórymi z nich, a odkrycie jacy są wspaniali jest jedną z najfajniejszych rzeczy jakie mnie ostatnio spotkały. Enrique zaraził mnie anime i zmusił do rysowania więcej a nie lenienia się i szukania wymówek. Michał z Edytą są moją poradnią gdy nie wiem co zrobić. Agata nauczyła mnie troszkę japońskiego... To takie miłe, iść na uczelnię i wiedzieć, że są tam fajni ludzie. Znaczy się wcześniej też wiedziałam i też byli, tyle, że większość moich najbliższych koleżanek odeszła w tym roku lub wyjechała na ten semestr i trochę bałam się, że zostanę sama... A nie zostałam. To jest takie super (zawsze zaskakuje mnie fakt, że ktoś mnie lubi, tak już mam).

Koniec roku jest lekko absurdalny i bardzo go nie ogarniam, więc nie chcę o nim pisać... Z resztą przez jakieś 19 godzin trwa jeszcze, więc dajmy mu wybrzmieć.

Jest 4:25, a ja doszłam chyba do punktu "plany na Nowy Rok"... ale nie sądzę by to była dobra pora na podejmowanie jakichkolwiek postanowień. Z resztą i tak żadne nie przychodzą mi do głowy. Jedyne co jestem w stanie wymyślić, że bym chciała w tym 2014 to tylko życzenia dla siebie i innych, ale one polecą do nieba o północy, a tym czasem cicho sza, idę spać, ręka mnie boli. Dobranoc.


3 komentarze:

  1. Ania i futro dzięki któremu zagadałam haha <33 piękny rok.

    OdpowiedzUsuń
  2. "(...) To tak jakby tłumaczyć niewidomemu jak wygląda Droga Mleczna gdy na nią patrzysz w letnią noc obejmując ukochanego" heheh poetka ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ps. czy tylko ja bezgranicznie jaram się Berlinem? :P Zaiste, zarzuty przedstawione przez nasza kochaną Współautorkę są usprawiedliwione, bo sama też czuję się odrobinę oszukana przez setlistę i brak musosów, co nie zmienia faktu, że był to najlepszy dzień mojego życia so far- stanie metr od Bellamy'ego (który tego dnia wyglądał wyjątkowo mega-hot) i trzymanie go za rękę to jest przecież wszystko

    OdpowiedzUsuń