Im jestem starsza tym bardziej przeraża mnie fakt, że rok to tak krótki w istocie okres czasu. Kiedyś myślałam o nim w kategoriach epoki, dziś - raptem rozdziału. To straszne. Nie lubię tego. To jest właśnie dorosłość. Uświadomienie sobie, że między styczniem a styczniem nie ma wcale tak wiele czasu, że trzeba się spieszyć, że jak się zagapisz to złapie cię listopad i po ptokach. Ale jednocześnie jakoś ciężko mi przypomnieć sobie teraz jak to było w tym styczniu rok temu... Patrzę na swoje zdjęcia, pojechałam sobie na wycieczkę do Wiednia z chórem w którym popiskuję jako drugi sopran, stoję sobie, uśmiecham się.
| tak bardzo nie chce mi się przerabiać zdjęć na very fashun czerń i biel więc powiedzmy, że w naszym Marikowo-Ankowym duecie ja będę "tą kolorową"; a to ja w Wiedniu, jak widać - był mój, zdobyty |
Czerwiec i lipiec były za to koroną roku, czymś najwspanialszym, cudownym, naprawdę intensywnym. To było tak: 19 czerwca Bon Jovi, 25-27 czerwca egzamin licencjacki, 3 lipca Blur na Openerze, 14 lipca Muse w Berlinie. O Bon Jovi dowiedziałam się jakieś wieki wcześniej, bodajże w październiku i od tamtej pory wzdychałam i zdychałam, bo uwielbiam Bon Jovi odkąd miałam 18 lat, kończyłam liceum, była impreza, leciało It's My Life i wszyscy całą klasą darliśmy ryje w niebogłosy wierząc, że wszystko jest w życiu możliwe tylko musimy po to sięgnąć i wszystko się uda bo świat jest nasz, a ja przy okazji pomyślałam, że ten zespół musi mieć więcej niż jedną dobrą piosenkę i po powrocie do domu sprawdziłam i okazało się, że w tym jednym się nie pomyliłam. Sam koncert był fenomenalny. Ciężko pisze mi się o koncertach, bo to w sumie nie do opisania. To tak jakby tłumaczyć niewidomemu jak wygląda Droga Mleczna gdy na nią patrzysz w letnią noc obejmując ukochanego, coś w ten deseń, tak sądzę. Jak oddać to, że był to zaprawdę taki dzień na jaki warto czekać latami, to był świata szczyt, jak śpiewał Artur Gadowski z Irą jako support. Fizycznie i namacalnie choć niewytłumaczalnie poczułam spełnienie marzenia wraz z pierwszymi nutami "Someday I'll Be Saturday Night" gdy z 29 999 innymi fanami zaśpiewałam "Livin' on a Prayer" na całe gardło. "It's My Life" w wersji live trwa chyba 3 sekundy a przynajmniej w tyle zlatuje. A uśmiech Dżon Dżona jest jaśniejszy i cieplejszy niż milion słońc. Zaś zawalony zwłokami fanów Bon Jovi dworzec PKP i nocleg wśród nich to już w ogóle przeżycie transcendentalne.
| Ja i scena Bon Jovi. Tak, nie stać mnie na Golden Circle więc koczowałam by się dopchać do barierek w połowie murawy, tak właśnie. Oczywiście, że warto. |
Wypad na Open'era (na jeden dzień, żeby było jasne) był niejako nagrodą za wspaniały egzamin (co nie znaczy, że gdybym nie zdała albo gdyby poszło mi gorzej to bym tam nie pojechała, pfff, ale skoro się ułożyło tak a nie inaczej...). To był tak beztroski czas! Nie planowałam iść na magisterkę więc jakieś szalone papierkowe bieganie i pilnowanie terminów mnie nie obchodziło, liczyło się tylko to, że niewiarygodne staje się prawdziwe, że marzenia się spełniają, że Źółkowski sprowadził dla mnie Blur do Polski, niech mu wiecznie anioły hymny śpiewają. O tym, że Blur przyjedzie na Openera dowiedziałam się w listopadzie smsem od przyjaciółki Werr, pamiętam ten moment jak dziś, i ten niemy krzyk radości, bo akurat siedziałam na kolacji podczas międzynarodowego zjazdu hispanistów i nie mogłam wydrzeć się na cały głos. Och, no bo kocham Blur od 2005 roku, bo Graham, bo mleczko, bo łu hu, bo młodość, bo nos Damona. Koncert był najlepszym koncertem w moim życiu. Nie wiem co o tym decyduje tak naprawdę, po prostu tak czuję, że tamto czucie jakie miałam tam to było to najlepsze jakie miałam w życiu, że to było szczęście, że to był absolut, że nirvana, chociaż Blur. I jeszcze pojechałam tam do Gdyni i z paczką przyjaciółek, w tym z Werr, a przed koncertem pluskałyśmy się w morzu, no przecież nie mogłoby być lepiej.
| Ekipa!!! <3 Czyste szczęście. |
| queen of Berlin, baby! |
| czekając na Panic Station |
Będzie co ma być, myślałam, i znów rzuciłam się w carpe diem. Jesienią pojechałam znów z chórem na wycieczkę, tym razem na konkurs, do Hiszpanii, na 10 dni w Lloret de Mar (tam gdzie kręcono pierwszą serię Pamiętników z Wakacji^^). Konkurs konkursem, ale była plaża, spacery po Barcelonie, jeszcze więcej plaży plus zachwyceni moim hiszpańskim Hiszpanie i Hiszpanki (głównie pracownicy hotelu, żeby nie było, że kogoś wyrwałam, bo co to, to nie z moją aparycją, nie w stroju kąpielowym i 30-stopniowym upale). Było super, nie chciałam wracać. Opalenizna trzyma się mnie do dziś, choć to tak naprawdę i tak tylko inny odcień bieli.
Jak wróciłam z wakacji to od razu zaczęły się na powrót studia... I z zaskoczeniem odkryłam na nowo moich starych znajomych z roku. Nie kolegowałam się do tej pory tak blisko z niektórymi z nich, a odkrycie jacy są wspaniali jest jedną z najfajniejszych rzeczy jakie mnie ostatnio spotkały. Enrique zaraził mnie anime i zmusił do rysowania więcej a nie lenienia się i szukania wymówek. Michał z Edytą są moją poradnią gdy nie wiem co zrobić. Agata nauczyła mnie troszkę japońskiego... To takie miłe, iść na uczelnię i wiedzieć, że są tam fajni ludzie. Znaczy się wcześniej też wiedziałam i też byli, tyle, że większość moich najbliższych koleżanek odeszła w tym roku lub wyjechała na ten semestr i trochę bałam się, że zostanę sama... A nie zostałam. To jest takie super (zawsze zaskakuje mnie fakt, że ktoś mnie lubi, tak już mam).
Koniec roku jest lekko absurdalny i bardzo go nie ogarniam, więc nie chcę o nim pisać... Z resztą przez jakieś 19 godzin trwa jeszcze, więc dajmy mu wybrzmieć.
Jest 4:25, a ja doszłam chyba do punktu "plany na Nowy Rok"... ale nie sądzę by to była dobra pora na podejmowanie jakichkolwiek postanowień. Z resztą i tak żadne nie przychodzą mi do głowy. Jedyne co jestem w stanie wymyślić, że bym chciała w tym 2014 to tylko życzenia dla siebie i innych, ale one polecą do nieba o północy, a tym czasem cicho sza, idę spać, ręka mnie boli. Dobranoc.






















